'Wyśnione miejsca' Brenna Yovanoff | Recenzja #4


Tytuł: Wyśnione miejsca
Tytuł oryginału: Places No One Knows
Autor: Brenna Yovanoff
Wydawnictwo: Moondrive
Gatunek: YA/Romans
Liczba stron: 356

Nie oceniaj książki po okładce, mówią. Jednak trudno nie oceniać, kiedy jest ona taka piękna. Przyznaję, że gdyby nie efekt wizualny, pewnie w ogóle bym po nią nie sięgnęła.

Wyśnione miejsca to powieść o dwójce pozornie różnych od siebie nastolatków. Waverly to piękna popularna dziewczyna, która ma wszystko. Oprócz urody i nieskazitelnych manier ma również najlepsze oceny w szkole i wybitne wyniki w sporcie. Marshall natomiast nie przejmuje się niczym. Typowy bad boy, który wagaruje, nadużywa alkoholu i zupełnie nikt nie ma nad nim kontroli.

Ale to tylko fasada.

Waverly zagłusza myśli bieganiem w środku nocy do utraty tchu. Nienawidzi świata, w którym się znajduje, nauczona mechanizmów popularności zastanawia się, co by się stało, gdyby zrzuciła maskę i pokazała prawdziwą siebie. Marshall boryka się z problemami, o których nie wie nikt. Jest samotny, pełen sprzecznych uczuć.

Chociaż chodzą do jednej szkoły, spotykają się dopiero we śnie. Tam wszystko jest inne, a zarazem wydaje się bardziej prawdziwe niż cokolwiek, czego do tej pory doświadczyli.

Czy odważą się swoje wyśnione miejsca zamienić na rzeczywistość?

Nie oczekiwałam od tej książki zbyt wiele, sięgnęłam po nią w okresie maturalnym tylko po to, żeby odwrócić uwagę od całego stresu związanego z egzaminami. Liczyłam jedynie na lekko napisaną powieść z nieźle wykreowanymi bohaterami, banalną, przewidywalną, opartą na całkiem ciekawym pomyśle.

Muszę przyznać, że szczerze się zawiodłam.

Zacznę od samego zamysłu – spotkanie dwójki młodych ludzi we śnie. Przyznaję, że sięgając po tą książkę miałam już własną koncepcję, co się wydarzy (nie będę jej jednak zdradzać) i byłam zaskoczona, kiedy zorientowałam się, jak bardzo się myliłam. W innym przypadku wzięłabym to za zaletę – efekt zaskoczenia jest pożądany. Ale w Wyśnionych miejscach ten pomysł był po prostu dziwny. Oczywiście są to moje osobiste odczucia, jednak niezależnie od oceny tego, co się działo, czekałam przynajmniej na jakieś wyjaśnienie. Niestety, pozostają mi tylko domysły, a że raczej już więcej nie pomyślę o tej książce, to nie pozostanie mi nic.

Wielcy poeci się mylili. Przeciwieństwem lodu nie jest ogień.
Jest nim woda.

Bohaterowie również pozostawiają wiele do życzenia. Narracja zmienia się co drugi rozdział – raz czytamy punkt widzenia Waverly, raz Marshalla. Żałuję, bo wydaje mi się, że książka zyskałaby, gdyby Marshall siedział cicho.

Ale zacznę od Waverly.

Ostatnio wiele czytałam o takich postaciach jak ona. Na zewnątrz idealna, w środku skrywa dużo mroku. Zazwyczaj jednak takie bohaterki usuwają się w cień, nie chcą być w centrum uwagi. Ale nie Waverly. Mimo że nienawidzi popularności, gardzi nią, to obraca się w elicie i przyjaźni się z królową szkoły. Chociaż przyjaźń to za dużo powiedziane. Na samym początku zarzeka się, że „Maribeth Withman to jej najlepsza na świecie, dozgonna przyjaciółka”. Do czasu, kiedy ktoś pyta ją, czemu się z nią zadaje. Wtedy nagle zaczyna wszystko kwestionować.

Co więcej, motyw biegania do utraty tchu żeby pozbyć się uczuć i nieprzychylnych myśli staje się dla mnie powoli nudnawy. Spotkałam się z nim już wiele razy w innych powieściach i przyznaję, że dopiero przy tej książce przewróciłam oczami na myśl o tym. Wcześniej bardziej mi takie zachowanie pasowało do całości postaci.

Marshall to, jak już wspomniałam, typowy niegrzeczny chłopiec z problemami. Ten archetyp również mocno mi się przejadł, szczególnie że w przypadku Wyśnionych miejsc nic nowego do tej postaci nie zostało wprowadzone. Mimo że można było ją bardzo rozwinąć, dodać jej trochę głębi. Jednak za każdym razem, kiedy poznawałam historię jego oczami, otrzymywałam jęczenie i skupianie się na własnych problemach. Zupełnie tak, jakby nic oprócz nich nie tworzyło Marshalla, jakby był swoimi demonami.

 Jeżeli chodzi o wykonanie, to tylko okładka ma coś do zaoferowania. Styl Brenny Yovanoff nie jest zły, jednak nie zapiera tchu w piersiach, nie wywołuje bordowych rumieńców na policzkach. Trzy miesiące zmagałam się z tą książką, często przysypiałam i wtedy zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens kontynuować.

Wydaje mi się, że gdybym była młodsza Wyśnione miejsca bardziej przypadłyby mi do gustu. Chociaż nawet wtedy raczej bym się w nich nie zakochała. I wtedy i teraz wolałabym zostać na jawie.

Ocena: 5/10 

Comments